poniedziałek, 3 lutego 2014

od początku...

Pierwsza przekroczona granica, to chyba ta z Niemcami. Odkąd pamiętam, jeździliśmy na wakacje do babci do Dortmundu. Jakieś 12 godzin w autobusie, czasem więcej przez kolejki na bramkach przy kontroli paszportów. ;) Dla rodziców, przetrwać taką wyprawę z dzieciakami, które nie chcą i nie rozumieją, że powinny znajdować się cały czas na swoim siedzeniu, to nie lada wyzwanie. Ale czuję, że dzięki temu trudowi rodzice przygotowali mnie po prostu do stanu, w jakim się jest podczas "bycia w drodze", do picia herbaty z termosu i jedzenia kanapek z serem i szynką, których nienawidzę na co dzień, ale które uwielbiam jeść w podróży! Jestem im za to bardzo wdzięczna, bo do rodziny w Niemczech jeździmy co najmniej raz w roku i trzeba tą podróż jakoś znosić. :)
Pamiętam, że te pierwsze wyjazdy wzbudziły ze we mnie chęć poznawania. Uczyłam się nowych słów po niemiecku, bawiłam z dziećmi, których nie rozumiałam, jeździłam po mieście baną, jadłam mnóstwo pysznych słodyczy, oglądałam, słuchałam i to wszystko co nowe, bardzo mi się podobało. Dlatego, że tam było inaczej niż u nas w Polsce.

Z czasem było coraz lepiej. Miałam chyba siedem lat jak pierwszy raz polecieliśmy do chrzestnej do Anglii, do Londynu. Już wtedy Londyn został moim ukochanym miastem do którego zawsze będę chciała wracać. Wtedy też zaczęłam marzyć o karierze stewardessy. Ale jednak to, co zapamiętaliśmy najbardziej, to przerażone miny pasażerów po moim krzyku na cały samolot: ALE NIE LECI Z NAMI BINLADEN, MAMUSIU?!

Tak właśnie wspominam moje pierwsze zagraniczne wycieczki, które szybko pokochałam ;)

1 komentarz: